Profesor Barszcz

          Poranki profesora Barszcza nie należały do przyjemnych. Jego powieki zawsze były sklejone mazią niewiadomego pochodzenia, światło wpadające przez lekko uchylone żaluzje wypalało mu źrenice a prawą nogę miażdżący skurcz chwytał swoimi zimnymi szczypcami. Pan profesor, podobnie jak większość ludzi których życie skazało na wieczną samotność, posiadał swoje niezmieniane od lat poranne nawyki – popijał herbatą leki na chorobę wieńcową, reumatyzm, zaćmę, żylaki odbytu, astmę, lekką depresję oraz prostatę, czytał kilkuletnie plotkarskie gazety i prychał z wyższością zawsze w tych samych momentach, stawał przed lustrem wciągając brzuch i wygłaszał napisany przez siebie wiele lat temu wiersz, z którego był nad wyraz dumny i który codziennie zyskiwał na wartości, natomiast przed samym wyjściem z domu wyglądał przez okno i groził palcem kolejnym pokoleniom dzieci bawiących się na podwórku, które czekały już pod jego oknem aby z piskiem radości i podniecenia skryć się w krzakach kiedy pomarszczone jak suszona śliwka czoło starego profesora wychylało się zza futryny. Gdy za oknem brakowało dzieci przyzwyczajony do rytuału Barszcz lekko mizerniał i przez resztę dnia pozostawał markotny.

          Stary profesor nigdy nie miał kobiety. Kiedyś może chciał, ale od kiedy zrozumiał że żadna  nie dorówna mu intelektem zaprzestał poszukiwań i zyskał kolejny nawyk: odtąd prychał ilekroć dorodna samica odezwała się w jego obecności swoim wątłym głosikiem. Nienawidził tych kruchych kokieteryjnych lolitek, pryszczatych studentek z nisko zawieszoną miednicą i lekką asymetrią twarzy, gazeli na wysokich obcasach i zakapturzonych feministek; irytowały go szare myszki w okularach, chłopczyce, modeleczki i grubaski. Z radością pokazywał im wszystkim swoją dezaprobatę nieznacznie opuszczając wąsy w razie przypadkowego kontaktu wzrokowego. Ubolewał, że życie uczyniło go geniuszem w dziedzinie, którą zainteresowane były głównie piskliwe istoty z macicą i hormonalną gorączką.

Dzień pracy profesora był istnym piekłem. Ilekroć przestępował uczelniany próg, na jego głowę opadał z hukiem nieznośny hałas, wrzask dzierlatek, ich piskliwe chichoty i pozbawione sensu, nieskładne rozmowy, tupanie zbyt wysokich obcasów i obcesowe trzaskanie drzwiami. Ponury i kipiący złością i wrogością w milczeniu opuszczał wąsy przy każdym „dzień dobry”, w sesji egzaminacyjnej natomiast chrypiał z mściwą satysfakcją : „to się jeszcze okaże”.

CDN! :v

Ćma

          Nie znałam jej zbyt dobrze.

          Łączyli nas wspólni znajomi i toasty, przypadkowe spotkania i zdawkowe rozmowy bez kontekstu. Była jedną z tych postaci które kryją się w cieniu i jak pająk szykują swoje misterne sieci aby przywłaszczyć sobie choćby jednego barwnego motyla, którego następnie zmieniają w pozbawioną skrzydeł poczwarkę. Była wyblakła jak sepia, niewidzialna. Nieudany szkic ludzkiej postaci o ledwo słyszalnym oddechu, chwiejący się na krzywych kreskach nóg, z głową niesioną z pietyzmem w szarych dłoniach, marzący jedynie o odrobinie barwnej akwareli dla zaróżowienia przygasłych policzków.


          Tej nocy rozerwała spowijający ją mrok i wyszła mi na spotkanie całkowicie odmieniona, barwna i, po raz pierwszy,  wielowymiarowa. Rzuciła lekko kilka słów bez znaczenia i czekała na mój odzew.

Rozłożyłam ręce, wzruszyłam ramionami.
Zakłopotałam się, a ona patrzyła w moje oczy i piła z nich, chłonęła ich wyraz z dziką fascynacją podczas gdy ja chwiałam się na krawędzi własnego zażenowania. Wstałam, zatoczyłam pijane kółko, usiadłam, zbierałam się na odwagę aby ubrać swoje spłoszone myśli w logicznie sformuowane zdania, jednak moje usta otwierały się i zamykały jak u ryby gwałtownie wyrzuconej przez oswojone wody oceanu wprost na dziki, śmiercionośny brzeg. Oczekiwała że jej nie zawiodę. Czekała. Co miałam zrobić? Wlałam do gardła więcej wódki. Zapaliłam papierosa. Jej wzrok paraliżował i doszczętnie mnie pochłonął. Uwaga którą na mnie skupiła była nie do zniesienia. Porzuciła mnie prześwietloną na wylot, szarą i spaloną na popiół, zatrzaskując za sobą drzwi i ponownie znikając w bezosobowym, martwym cieniu.

Ale teraz… teraz.

Szepnęłabym jej: chodź.
          Napijmy się. Moja głowa jest już mocniejsza, moje ego podbudowane. Odzyskałam kolory i płonę żywym ogniem. Mam solidne fundamenty i zapasowe skrzydła w razie gdyby Twoja ciekawość okazała się zbyt duża. Jestem cała Twoja. Atakuj albo milcz: mam czas aby się z Tobą zmierzyć i zadawać pytania bez odpowiedzi, jedno po drugim, martwy ciąg absurdu. Lubisz pokręcone sytuacje? Dam Ci trochę barw w zamian za kalkę Twoich myśli.

Posłuchaj.
Śniłaś mi się.

Twoje oczy zalewalo uczucie. Ośleplas od blasku wydobywajacego sie z moich zrenic.
Błądziłaś.
Lunatykowałas, sypiąc abstrakcyjnymi wizjami jak z rękawa, pojawiałas się i znikałas, traciłas rozum aby za chwile odnalezc sie w logicznej lamiglówce wlasnych uczuć. Twoje papierowe usta muskaly mój kark, bylas moja kochanka - menifestacja dziewczecej, czystej namietnosci. Mój zapach łamał Ci serce. Twoje dłonie, rozgwiazdy z jedwabnym podbiciem, gładzily moja twarz, zaciskały sie na ramionach i biodrach, zaciskaly sie obręcza na moim uspionym umysle. Zakwitłas. Podwójne czucie, zniewolenie przez zmysly, zachłysniecie sie esencją życia. Wszystko takie piękne, nieprawdopodobne, tak wspaniale nierealne. Powietrze nad nami krystalicznie czyste i chlodne.

Żadnych zapewnień, wyznań, żadnych erotycznych podtekstów. Tylko bezinteresowna wymiana doznań i wzajemna transfuzja wspólnych kawalków jazni…

Anonymous asked: masz sutki na czole czy na plecach ?

Przecież każdy wie że sutki się przemieszczają w zależności od nastroju właścicielki

Podziemia

Większość ślepych uliczek wygląda podobnie. Uwieńczone cuchnącymi górami śmieci i stertami przygniłych gazet - nietrwałych pomników ludzkich przypadków, wielkich katastrof i statystyk, śmierci zabawnych, tragicznych i męczeńskich, ofert pracy i expose ważnych ludzi w  markowych garniturach. Na tym wspaniałym dorobku cywilizacji śpiący kloszardzi o rozmarzonych uśmiechach, skrywający pod sklepieniem brudnych czaszek własne wizje piękna i szczęścia, delektujący sie chwilowym oderwaniem od głodu i robaków towarzyszących  im podczas codziennej wędrówki  śladami szczurów poprzez podziemne miasta.

Uliczka która wyrosła mi przed oczami podczas jednego z moich pozbawionych celu spacerów to wierna kalka tych widzianych wcześniej oczyma wyobraźni. Śmieci, gazety, kloszard - wszystko na swoim miejscu. Zapach pleśni i wina oraz, spowodowany snem, uśmiech na jego brudnej twarzy.

Obrzydzenie zaciemniło mi i tak dość już mroczny obraz. Jakim prawem on śni? Senne wizje nie pasują do takich jak on. Są zbyt bajkowe, za bardzo oderwane od rzeczywistości. Za dużo w nich bogów i kwiatów. Odraza paraliżuje wszystkie moje mięsnie. Ten człowiek nie ma prawa śnić, jest za bardzo przyziemmy. Zbyt brzydki. Śmierdzi. Woń która go spowija jest nie do zniesienia, wydobywa sie z brudnego ciała wszystkimi otworami, sączy przez oczodoły i mieszki włosowe. Oto leży przede mną człowiek wypełniony gównem i ośmiela sie śnić. “Pierdolony stary żul” - jadowita myśl prześlizguje mi sie przez głowę… ale, ale! Przecież mam serce. W mgnieniu oka włącza sie czerwone światło, słyszę wycie syren; to miłosierdzie i umiłowanie bliźniego każe mi przystanąć i zamyślić sie nad losem nieszczęśnika roniąc ukradkiem sterylna łzę chwilowego współczucia, natychmiast otartą w trosce o nienaganny makijaż. Łza szybko wysycha, a smród pozostaje w powietrzu dusząc i mordując we mnie matkę Teresę.

Z odrazy kreci mi sie w głowie. Przemykam niezauważona, niech ta definicja smrodu śni dalej, ja nie będę przeszkadzać, niech tonie we własnym pokręconym umyśle, niech stokrotki i mlecze ścielą mu drogę ku przebudzeniu… Oddalając sie, moje nozdrza ze wzmożona siłą chłoną woń wiosny i lepszego, czystego świata.

Nie ma się co oszukiwać: zmysły wygrywają nad wielkimi ideami, bodźce zewnętrzne decydują o zachowaniu i odczuciach, empatia rodzi sie w samozadowoleniu i miłości do samego siebie. Urodziłam sie w epoce sukcesu i egoizmu. Nie nakarmię starca, nie umyje trędowatego, dłuższa opieka nad niewinnymi sierotkami w białych fartuszkach byłaby ponad moje siły. Jestem kreaturą zrodzoną przez nowoczesny świat, czystą i higieniczną, wybieloną i przypudrowaną. Oddycham świeżym i krystalicznie czystym powietrzem, życie we mnie płynie wartkim, zdezynfekowanym strumieniem.

Chętnie jednak martwię sie, rozmyślam, opracowuję plany zbawienia świata, czytam o nieszczęściach obcych mi ludzi i wzruszenie łapie mnie za gardło swoją żelazną dłonią. Zwykle ronię kilka łez ku chwale biednych i uciśnionych, a następnie pudruję nos i poprawiam kontur oka – perfekcyjny świat w którym żyję nie toleruje niedoskonałości.

Show Time!

 

           Z dniem dzisiejszym rozpoczynam ekshibicjonistyczną podróż poprzez wlasny umysł, przejażdzkę na własnych plecach, leniwe lewitowanie na strzępkach słów i pośpiesznie skleconych zdań. Mam ochotę na podglądanie, krytykowanie i pouczanie samej siebie w towarzystwie świadków, na monitorowanie rzeczywistości oraz tworzenie wizji, na przeplatanie marzeń sennych z rzeczywistością i splatanie ich ze sobą za pomocą małych, ciasnych supełków.

 

          Przypadkowych przechodniów zapraszam do lektury i w razie potrzeby zachęcam do biczowania autorki: nie składam się z delikatnego kruszywa mimo częstego stwarzania pozorów ;)